Robert Lewera, pabianicki zdobywca gór już po raz czwarty wystąpił w Klubie Podróżnika PTTK. Jego prezentacja „W stronę Grossglockner” o zdobyciu 9 sierpnia najwyższego szczytu Austrii przyciągnęła do Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Jana Lorentowicza sporą grupę miłośników gór.

Grossglockner (Wielki Dzwonnik) to najwyższy szczyt Austrii (3798 m n.p.m.) i położony jest w Taurach Wysokich. Charakterystyczny kształt góry przypomina piramidę. Drugi co do wybitności szczyt Alp. Wierzchołek został zdobyty po raz pierwszy w 1800 roku. Na nim ustawiono krzyż w 25. rocznicę ślubu Franciszka Józefa i Sissi.

Dla Roberta Lewery tegoroczne wejście było drugą próbą zdobycia szczytu. Poprzednia w czerwcu 2010 roku okazała się nieudana.

– Wejście na Grossglockner traktowałem wtedy jako przygotowanie się do zdobycia Aconcaqua w Andach. Pomimo czerwca w Alpach panowały ciężkie warunki z zasypanymi śniegiem trasami. Nie udało się go zdobyć, gdyż cześć uczestników miała wtedy za małą kondycję i szliśmy za wolno – wspomina alpinista, który pokazał w bibliotece film z tamtej wyprawy.

Robert Lewera rok później zdobył Aconcaqua (6962 m n.p.m.) – najwyższy szczyt w Ameryce Południowej, a w roku 2012 – Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.) w Afryce Północnej. Od kilku lat pasjonuje się bieganiem, które wzmacniają jego kondycję przed wyprawami.

Pomysłodawca tegorocznej wyprawy na Grosssglocker był Sylwester Zieliński z Ustki, który trenuje przed wejściem na Matterhorn. Wraz z nim wyruszyło czworo pasjonatów zdobywania gór, w tym m.in. Grzegorz Piskorz z Leszna – uczestnik niedanego wejścia sprzed 5 lat oraz Robert Lewera.

8 sierpnia uczestnicy wyprawy dotarli samochodem do Austrii i już pieszo do schroniska Studlhutte. Następnego dnia wyruszyli o 6.30, najpierw przez lodowiec, a potem skalną granią. Pomocą były „klamki”, sztuczne stopnie i liny metalowe.

– Pomimo zabezpieczenia doszło do wypadku w naszej grupie. Po złym przypięciu jedna osoba zjechała po skale w dół kilkanaście metrów, na szczęście Paweł złapał linę i zatrzymał kolegę. Ale miał zdarte do krwi palce. Mogło to się skończyć tragicznie.

Pomimo wypadku i bólu ekipa wyruszyła dalej zdobywając o godzinie 14.00 szczyt Grossglockner. Po krótkiej sesji zdjęciowej przy krzyżu powrócili już najłatwiejszą trasą do schroniska.

– Mieliśmy w planach inne szczyty, ale po wypadku daliśmy sobie spokój.

tekst i foto: Ol.

Poniższe zdjęcia dzięki uprzejmości Roberta Lewery