12656455_507350002781302_1353198832_o

Jak smakuje nektar młodości z baobabu dowiedzieli się uczestnicy spotkania  z Sylwią Stankiewicz w Galerii Ex Libris Miejskiej Biblioteki Publicznej w ramach Klubu Podróżnika PTTK.

Prezentacja  „Kunta Kinte, Mandinka, nektar młodości czyli Senegal i Gambia” przybliżyła wyprawę  na Czarny Ląd pabianickiej podróżniczki, która odbyła się na przełomie grudnia i stycznia.

– Do Afryki poleciałam z mężem. Wylądowaliśmy w Banjul, stolicy Gambii. Dla mnie wyglądało to na małe prowincjonalne miasteczko – rozpoczęła opowieść  Stankiewicz.

Kraj położony jest nad rzeką Gambią i na odcinku kilkusetkilometrowym nie ma mostów. Dobrodziejstwem  są ryby. – Afryka jest biednym, brudnym krajem, ale ma za to miłych, życzliwych, uśmiechniętych ludzi. Największą atrakcją w Gambii była Kochikally, wioska krokodyli.

W Senegalu zwiedzanie zaczęła od zwiedzania Parku Narodowego Delta de Saloum i Wyspy Baobabów. Drzewo wykorzystywane jest do wielu celów, z owoców robi się nektar młodości.

Wielką niespodzianka dla uczestników spotkania była możliwość jego spróbowania , gdyż podróżniczka przywiozła go z Afryki.

Następnym etapem było miasto Saint Louis, przypominające wyglądem Hawanę. Most  zaprojektował Eiffel. Potem uczestniczyła w safari w rezerwacie Bandia. – Tutaj zobaczyłam zebry, słonie, nosorożce, żyrafy i krokodyle.

Odbyli też próbkę rajdu Paryż – Dakar wokół Jeziora Różowego. Promem wyruszyli do fortu na wyspę Gore, gdzie znajduje się  muzeum niewolnictwa.

Po powrocie do Gambii największa niespodzianka spotkała ich w Bijilo Forest Park. – Zaprzyjaźniliśmy się  tam z małymi małpkami.

Ostatnim punktem wyprawy była Wyspa Kunta Kinte, wcześniej Wyspa James, skąd pochodzi słynny niewolnik. W jego wiosce rodzinnej Juffureh znajduje się muzeum niewolnictwa. – Tutaj już dotarła komercja i urok zwiedzania się zakończył.

Sylwia Stankiewicz, nauczycielka w SP nr 8 podróżuje od dzieciństwa. – Odkąd sięgam pamięcią, zawsze marzyłam o podróżowaniu. Tę fascynację wyssałam z mlekiem matki, osoby rozkochanej w zwiedzaniu, włóczeniu się po miastach i górach. Tata pasjami czytywał książki podróżnicze. Pamiętam, że nie przegapił żadnego odcinka programu Elżbiety Dzikowskiej i Tony Halika.

Maluchem  podróżowali po Polsce. Szczególną słabością mamy były zamki. – Kiedy kończyłam liceum, upadł Mur Berliński. Otworzyła się wtedy droga na Zachód i my młodzi wyfrunęliśmy jak ptaki, ciekawi wielkiego świata i jego dobrobytu. Należałam już do podróżniczej elity: byłam w ZSRR, w DDR i w Czechosłowacji.

Skończyła studia germanistyczne, wyszła za mąż. W podróż poślubną pojechali do Norwegii.

Minęło kilka lat od ślubu i znowu zaczęła zwiedzać  Europę: Włochy, Grecja, Francja. Zapuszczała się coraz dalej: Tunezja, Maroko, Egipt. – Kiedy po raz pierwszy wylądowałam w Tunezji, ogarnęło mnie bezgraniczne szczęście. Ciężkie, ciepłe powietrze mieszało się z zapachem egzotycznych przypraw i gwarem ulicy.

Szczególnie bliska jej sercu stała się Tunezja. Przyjaciółka wyszła za mąż za Tunezyjczyka (była świadkiem na jej tunezyjskim ślubie), poznała wielu mieszkających tam Arabów i wspólnie przemierzali cały kraj. Szybko do swojej listy dopisała Turcję i Jordanię.

Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Marzyła o dalekich lądach, ale wydawały  się one nieosiągalne. Z nauczycielskiej pensji nie można podbić świata.

Wtedy pojawił się w jej życiu pierwszy anioł – tak nazwała ciocię Isię. – Do dziś jest dla mnie natchnieniem i podróżniczym guru. Zwiedziła cały niemal świat, a i dziś w wieku 70 lat wybiera się w najdalsze jego zakątki. Właśnie wróciła z Sudanu. W 2010 roku  zaproponowała mi wspólny wyjazd na Sri Lankę i dofinansowała go.

Potem pojawił się jej drugi anioł – czyli obecny mąż –  Wspaniały człowiek, który nie tylko rozumie moje potrzeby, ale i wspiera mnie w dążeniu do ich urzeczywistnienia. Razem pojechaliśmy na Kubę, a potem do Tajlandii.

W międzyczasie poznała trzeciego anioła – Mariusza, przyjaciela z dawnych lat, z którym wyruszyła w swoją pierwszą wędrówkę po Afryce.

– Zastanawiam się kiedy po raz pierwszy zrozumiałam, że nie ma miejsca na świecie, do którego nie mogę dotrzeć. Wydaje mi się, że było to właśnie wtedy, kiedy z plecakami przemierzaliśmy bezdroża Mozambiku, RPA i Suazi.

Rok później wróciła do Afryki wspólnie z czwartym aniołem – Aldoną. – Podróż była męcząca: zaliczyliśmy trzy kolejne państwa: Ghanę, Burkina Faso i Togo. Kurz, brud, upał, zmęczenie. Podobno w takich warunkach człowiek poznaje się najlepiej. My z Aldoną zdałyśmy ten test celująco. Od tej pory podróżujemy razem. Zaliczyłyśmy Chiny – 5 tysięcy kilometrów w 18 dni, byłyśmy razem w Indiach i Japonii.

Podczas ostatniej wyprawy do Botswany i Namibii, na ścianie lotniska przeczytała hasło: „ They call it Africa, we call it home”

– I mogę w końcu powiedzieć: – Oni nazywają ją Afryką, ja nazywam ją domem.