Sara Rogowska, podróżniczka z Łodzi i wiolonczelistka udała się do japońskiej szkoły, aby poprowadzić warsztaty muzyczne. O swoich niesamowitych przygodach z wiolonczelą i pracy w Fundacji C- minor opowie naszym czytelnikom.

Tym tekstem autorstwa Sary Rogowskiej przypominamy Wam drodzy sympatycy Klubu Podróżnika o trwającej zbiórce na rzecz rehabilitacji Sary po wypadku. Zapraszamy do przyłączenia się do akcji.

1% podatku zbiera Fundacja Pomocy Ofiarom Wypadków Drogowych Amber.Podczas wypełniania zeznania podatkowego należy wskazać numer KRS: 0000311677 oraz cel szczegółowy: Sara Rogowska





Oto krótka historia jednej małej wiolonczeli, która wyruszyła w podróż do Japonii. Historia pełna niespodzianek, muzyki oraz dziecięcych uśmiechów. Ale zacznijmy od początku!

Ostatnie dwa tygodnie były szalone… Mail od fundacji C-minor, że dziękują za zgłoszenie na projekt w Brazylii i zapraszają na dwa tygodnie do… Japonii. Radość, niedowierzanie, urlop w pracy i niepewność do ostatniej chwili. Potwierdzenie miejscowości docelowej i szkoły, gdzie mam mieć warsztaty muzyczne z dzieciakami – tydzień przed wylotem. Bilety lotnicze – 5 dni przed wylotem.

Specjalnie na ten wyjazd, jak polska tradycja wakacyjna nakazuje, kupiłam połówkę. Z uzależnieniem trudno jest walczyć, a czasami nie warto. A już na pewno nie przy takich okazjach! Połówka jest dobra w podróży, odstresowuje, sprzyja nawiązywaniu przyjaźni, zjednuje ludzi. Dużo bardziej wolałabym wziąć całą… wiolonczelę.Ale niestety jest za duża.Decyzja zapadła, jadę uczyć dzieci muzyki, a one ze względu na swoje mniejsze nieco rozmiary, potrzebują też mniejszych instrumentów.Wiolonczela w rozmiarze ½ na lotnisku z powodzeniem udaje gitarę (informacja na stronie jest jasna: gitara akompaniowana przez człowieka lata za darmo, ale dla wiolonczeli trzebaby już dokupić dodatkowy bilet – miejsce siedzące). Udało się! Poleciałyśmy razem w świat – ja i moja lepsza połówka.

Na lotnisku w Tokio, po pokonaniu niekończących się korytarzy i ruchomych chodników, dotarłyśmy do najdalej wysuniętego w otchłań chaosu przyczółku Japonii – punktu imigracyjnego, gdzie każdy dokument przekazywany jest obowiązkowo oburącz, z towarzyszeniem lekkiego ukłonu. Wszyscy uśmiechają się bardzo uprzejmie, a pan celnik łapie się za głowę, gdy tłumaczę mu cel przyjazdu oraz fakt, że nie wpisałam w formularzu adresu pobytu, ponieważ jeszcze go nie znam. Miałam za to ze sobą list z zaproszeniem od szkoły. Nie wiem co było w nim napisane, ale chyba coś miłego, bo nie dość, że mnie przepuścił, to jeszcze dostałam ładną naklejkę do paszportu, nie jakiś tam zwykły stempel, a na dodatek sam uzupełnił adres w deklaracji wjazdowej. Z zapartym tchem patrzyłam jak w okamgnieniu, spod jego ręki na kartkę wychodzą okrągłe śliczne robaczki, wyrastają, pęcznieją, moszczą się i nieruchomieją, każdy dokładnie na swoim miejscu.

W Japonii czeka nas wiele zaskoczeń. Pierwsze to Tokio nocą, największa aglomeracja na świecie.Zapiera dech. Wszędzie widać wysokie, szklane budynki, idealne skwerki, doskonale przystrzyżone drzewa, chodniki i kładki nad ulicami, dwupoziomowe, smukłe skrzyżowania. Wszystko w niezbyt ostrym świetle – tylko tyle, żeby było widać infrastrukturę. Gdzieniegdzie zagłębia kolorowych neonów w trudnych do zniesienia ilościach. Widok niczym futurystyczna wizja rodem z filmów science-fiction.

Niemniej zaskakująca jest też sama podróż metrem, które poziomem chaosu przebija wszystkie damskie torebki tego świata. Multum kolorów, multum linii. Na żadnej mapie nie ma wszystkich linii razem (przecież nie będą pomagać konkurencji). Na każdą linię potrzebny jest inny bilet. Kolejnego  biletu nie kupisz, dopóki nie oddasz w kasie biletu poprzedniego. I nie ma znaczenia, że tamtą poprzednią linię obsługuje inna firma. Nazwy przystanków nie są takie, jak wskazuje mapa. Większość napisów jest tylko po japońsku. Nie wyjdziesz z ostatniej stacji, dopóki nie oddasz biletu. Nikt nie mówi po angielsku (choć niektórzy coś rozumieją). Jedyne o czym marzysz, to żeby nikt nie stratował Ci wiolonczeli, która właśnie przebyła najdłuższą drogę w swoim krótkim, wiolonczelowym życiu. To cud, że tylko raz zgubiłyśmy się na przesiadce, raz w parku, a raz pojechałyśmy o dwa przystanki za daleko w nadziei, ze nazwa naszej stacji jeszcze gdzieś tam się pojawi.

Nasze tymczasowe lokum w centrum Tokio to Młodzieżowe Centrum Sportów Olimpijskich, wybudowane – jak można sądzić po stanie – jeszcze w czasach starożytnych olimpiad. A z pewnością czasy takie pamięta wielki, zielono-brunatny, ziejący strachem i zarazą Grzyb, który mieszka tam pod prysznicem, rozpostarty na pół ściany i połowę sufitu. Do takiego Grzyba należy podchodzić z respektem, nigdy nie wiadomo co mu przyjdzie do głowy. Zapewne był tam jeszcze tylko dlatego, że od lat nie znalazł się śmiałek, który by się zbliżył choć na dwa metry, a jak wieść gminna niesie, wszyscy samurajowie, których ostatnimi słowami były „Ja nie dam rady? Potrzymaj mi sake!” przepadali bez wieści…

Wszystkie te nie drobne niedogodności wynagradzają jednak ludzie. Japończycy to najmilszy naród świata. Są zawsze uśmiechnięci, przyjaźni i pomocni. Wydaje się, że genetycznie mają kąciki ust podniesione do góry. Grzeczność nie ma końca. Na ulicach, nawet w tłoku, zachowują odpowiednią odległość miedzy sobą. Dopóki zatłoczenie nie osiągnie stanu krytycznego, nikt się o nikogo nie obija. No chyba, że w metrze, ale to już siła wyższa.Japończycy nigdy się nie spieszą, patrzą na innych z życzliwą cierpliwością. Nie przerwą nikomu w pół zdania, słuchają aktywnie i z uwagą. Jeśli ich nie zrozumiałeś, to jeszcze Cię za to przeproszą, bo to na pewno ich wina – źle wytłumaczyli. Brak znajomości angielskiego czyni tę miłą komunikację tylko bardziej interesującą.

Porozumiewanie się przy zamawianiu posiłków zdecydowanie ułatwia także fakt, że w restauracjach i knajpkach przed wejściem najczęściej można spotkać przepiękne wystawione dania – po jednym z każdego rodzaju, opatrzone ceną, zapraszają do wstąpienia. Menu w formie wizualnej, gotowe od razu we wszystkich językach. Jak utrzymać taką wystawkę we względnej świeżości? Ano wystarczy zrobić wszystko z plastiku. Ale słowo daję, tak ładnie, że dopiero z bliska widać różnicę!

Z Tokio mamy lot wewnętrzny do Fukuoki, by dalej ruszyć na południe pociągiem wzdłuż wybrzeża w okolice Itoshimy, gdzie czekają na nas dzieciaki. Jak się okazało, w tanich japońskich lotach krajowych wiolonczela niestety została zmierzona i nie pasowała do podręcznego bagażu, a że tutaj wszystko musi być zgodnie z regułami i zasadami (bez żadnych odstępstw!),nie pomógł nawet fakt, że starała się jak mogła udawać zwykłą gitarę. Trzeba było dokupić dla niej drugie miejsce siedzące.

Wchodzimy więc do samolotu i przedstawienie się rozpoczyna. Zapinam wiolonczelę pasem, siadam zadowolona przy oknie i czekam. Już po chwili objawia się koło nas niemówiąca specjalnie po angielsku, ale za to bardzo uśmiechnięta stewardessa i zatroskana komunikuje, że niestety wiolonczela nie może tak siedzieć, bo są do tego odpowiednie wytyczne. Biegnie czym prędzej po podręcznik i zaczyna nękać mi wiolonczelę przesadzaniem. Kątem oka spostrzegam tylko, że ma zdjęcie… gitary, która jest mniejsza, płaska i powinna być wsunięta nieco pod siedzenie. Tłumaczę jej więc, że co jak co, ale wiolonczela nie zgina się w ten sposób, a nawet jeśli to tylko raz i traci przy tym wszelkie funkcjonalności. Jesteśmy w szachu. Na górną półkę włożyć jej nie możemy, bo nie ma tego na zdjęciu. Pełnowymiarowa, cała wiolonczela to nie jest – nie zabiorą jej do pierwszego rzędu, bo nie mam tam miejsca i nie ma tego na zdjęciu. Zniszczyć wiolonczeli nie możemy (na całe szczęście tego też nie mana zdjęciu). Siedzimywięc sobie grzecznie i patrzymy jak przemiłej, ale uśmiechniętej stewardessie przegrzewa się umysł, robi się czerwona, bordowa, purpurowa, z uszu zaczyna lecieć para… i już spodziewamy się najgorszego, gdy jednak z pomocą przychodzi druga, sadza wiolonczelę na podłodze, ale jednak pionowo (nie tak jak na zdjęciu!) i przesadza pasażera przed nią na inne miejsce, tak abyprzypadkiem nie opuścił fotela. No właśnie! A Ty, jaką chcesz być stewardessą, hmm?

Przemieszczamy się dalej na południe. Muzyka jest ważna, ale jeszcze ważniejsza jest cisza. Skupienie. Spokój. Japońska strefa osobistego komfortu, której nie należy naruszać obejmuje również wrażenia dźwiękowe. W metrze, pociągu czy autobusie nie wolno odebrać telefonu, a jeśli chce się porozmawiać ze współtowarzyszem podróży, to tak cicho, żeby nikt nie mógł nic usłyszeć. Cisza obowiązuje nawet w domu, gdzie mieszkamy wraz z kilkoma innymi zagranicznymi muzykami. I choć nie ma tu nikogo poza nami, a dom z każdej strony jest otoczony ogrodem, to Yassan (właściciel szkoły, gdzie pracujemyoraz gospodarz tego domostwa) prosi nas, żebyśmy nie grali na instrumentach wieczorami, bo może to zakłócać spokój sąsiadów.

W szkole w Itoshimie, od samego wejścia wita nas 25 małych twarzy w wieku od 5 do 13 lat, życzliwie uśmiechających się skośnymi oczami z ogromnym zaciekawieniem. Wszystkie nasze gry i zabawy robią furorę, instrumenty tym bardziej, nikt nie ucieka, nie krzyczy, nie przeszkadza. To najpiękniejsze, najbardziej zdyscyplinowane dzieci pod słońcem. Praca z nimi to łatwizna. Nie tak wspominam bandę moich najukochańszych diabełków z Kolumbii, gdzie przez pierwszy miesiąc każda godzina była walką o życie, a potem jakoś udało się już do siebie przyzwyczaić, ale wiedzy specjalnie chłonąć nie chciały. Tutaj dzieci nie tylko patrzą na wszystko zafascynowane, ale chcą też się dzielić swoją wiedzą. Na miejscowych małych organach zagrają dla nas wszystkie znane sobie melodie – od motywów z Gwiezdnych Wojen, przez Indianę Jonesa, po marsz pogrzebowy. Szanuję, ja tego nie umiem.

Yassan – dyrektor szkoły – stworzył to niecodzienne miejsce 4 lata temu jako alternatywę dla okrutnej, sztywnej japońskiej edukacji, gdzie dzieciaki żyją w ciągłym stresie, testach, porównywaniu, pędzie do nikomu niepotrzebnej doskonałości i permanentnym niedowartościowaniu, którego wyrazem jest nieakceptowalnie wysoki odsetek samobójstw wśród młodych ludzi. Wyścig szczurów osiągnął punkt krytyczny, czas na odwrót. W szkole Yassana dzieciaki robią co chcą, nikt ich do tego nie zmusza, jeśli nie chcą uczestniczyć w zajęciach, nie ma takiego obowiązku. Mogą uczyć się tego, co same wybiorą, wtedy kiedy zechcą. Takich szkół tutaj jest więcej, ale póki co nie są specjalnie popularne. Nie ma ocen, nie ma testów, ale w niczym to nie przeszkadza – nie wszystkie uniwersytety wymagają dyplomu ukończenia szkoły, wystarczy zdać egzamin wstępny i dalsza edukacja stoi otworem.

Szkoła Yassanamieści się w niedużym, drewnianym, dwupiętrowym domu, gdzie z dwóch stron są niewielkie trawiaste podwórka, pełno narzędzi, pełno bałaganu, a zaraz za domem zaczyna się ściana lasu tropikalnego, gdzie dzieciaki udają wojowników ninja. Wspaniałe miejsce, szczególnie do zabawy w chowanego. Gdy pada – można schować się na górze (na dole są tylko narzędzia), gdzie jest otwarta, mała kuchnia oraz dwa niedużepomieszczenia służące do nauki, a w porze posiłku jedno z nich jest jadalnią. To najpiękniejsza szkoła na świecie, która tak bardzo nie przypomina szkoły jak to tylko możliwe.

Nasze dzieci to absolutne anioły. Są okrutnie bystre. I urocze. Ich czarne włosy są tak czarne, że w słońcu błyszczą na niebiesko. I choć nie mówią po angielsku, bardzo szybko łapią różne słowa i starają się ich używać. Chciałabym w takim samym tempie uczyć się japońskiego.

Pierwsze co robią dzieci po przyjściu do naszej szkoły, to idą do kuchni i rozkładają rzeczy potrzebne do przygotowania obiadu, namaczają ryż, kroją warzywa. Następnie mają z nami 3 godziny zajęć, po czym starsze dzieciaki idą do kuchni zrobić obiad, a młodsze bawią się i biegają wszędzie dookoła, po domu i ogrodzie, a my razem z nimi. Gdy posiłek jest już gotowy, musimy zebrać się wszyscy – łącznie 28 osób – złożyć ręce, ukłonić się, powiedzieć grupowo „Itata ki mas” czyli tutejsze „smacznego” i dopiero wtedy można wziąć do ręki pałeczki albo zacząć siorbać zupę (obowiązkowo tak, żeby wszyscy słyszeli). Z upływem czasu stół powoli pustoszeje, bo każdy kto skończył wstaje i odchodzi, aż nie będzie już nikogo. Wtedy można złożyć stoły, ułożyć na stercie w korytarzu i odzyskać salę do nauki i zabawy (która z kolei wieczorem będzie naszą salą prób, a w nocy dla większości sypialnią).

Po obiedzie dzieciaki wszystko pięknie zmywają i zostawiają kuchnię idealnie czystą. Zanim wyjdą, codziennie łapią za miotły i zamiatają nam cały dom i ganek, nie zostawiając po sobie nawet ździebełka trawy ani ziarnka piasku.

Dzieci nie przestają nas zaskakiwać. Po obiedzie zaglądam do lodówki, a tam wielka taca pięknie ułożonych, obranych pomarańczy. Nie tylko z zewnętrznej skórki, ale każda mała cząstka owoców jest też obrana z flaczka wewnętrznego, tak aby do zjedzenia pozostał tylko i wyłącznie soczysty miąższ.

Wszystkie dzieciaki są tak zaangażowane, że przychodzą na nasze zajęcia nierzadko 40 minut przed czasem. Mamy lekcje śpiewu, słuchania siebie i przyrody, znajdowania dźwięków w całym otaczającym świecie. Naszym zadaniem jest zainspirować dzieciaki tak, żeby same zaczęły tworzyć, a efektem końcowym ma być napisana przez nie piosenka i nagrane wideo. Żadnych ograniczeń. Czy można przeprowadzić zajęcia z songwritingu i aranżacji, gdy nie ma porozumienia w żadnym wspólnym języku? To zależy jak bardzo się tego chce. A my wszyscy – mali i duzi – chcemy bardzo.

Dzieciaki przynoszą do szkoły swoje instrumenty i zabawki. I tak któregoś dnia poznajemyshamizen – tradycyjny japoński trzystrunowiec bez progów. Terako nie tylko prezentuje nam instrument, ale jeszcze daje pierwszą lekcję, a nawet nagrywa krótką solówkę w partii instrumentalnej tworzonego w projekcie przeboju wszechczasów. I kolejny raz zaciera się granica –kto jest uczniem, a kto nauczycielem? W dzień kręcenia teledysku nasze skrzaty nie zawodzą – wszystkie przepięknie prezentują się w kimonach (choćjest to najgorętszy i najbardziej wilgotny dzień na świecie).

Po oficjalnych zajęciach dzieciaki spędzają z nami czas na wszelkie możliwe sposoby, a moim głównym zajęciem – na ich życzenie –jest nauka gry na wiolonczeli. Wszyscy chcą spróbować, ale Tamaki (córka Yassana) oraz Andżi okazują się niestrudzone. W każdej możliwej wolnej chwili przychodzą do mnie prosząc o więcej lekcji i więcej ćwiczeń. I robią ogromne postępy! Któregoś dnia Andżibierze mnie na stronę cała zaaferowana, wiem już więc, że szykuje się coś ważnego. Trzymając w rękach zeszyt zapisany japońskimi szlaczkami zaczyna powoli, ze skupieniem odczytywać na głos: maj dadwil baj mi e czellolesonsdis jer. Czuję jak moje serce powoli topnieje, rozpływa się, a kilka kropel wsiąka w ziemię i na zawsze już pozostaje w Itoshimie.

Gdy nadchodzi czas pierwszych pożegnań, naprawdę niełatwo jest wyjeżdżać. Życie tam jest proste i piękne. Ale nie jest to ta znana nam, swojska prostota niezagłębiania się w sens i istotę spraw, która nakazuje bezrefleksyjnie wykonywać wyuczone czynności i która z biegiem czasu zawęża zakres myśli do tego co można zjeść na obiad. Moja Itoshima, taka jaka dała się poznać przez te kilkanaście dni to spokój ducha przepełniony dobrocią, życzliwością, medytacją i zrozumieniem dla ludzi i świata. To świadome odejście od pędu donikąd, aby móc skupić się na tym, co jest naprawdę istotne. Aby każdy mógł samodzielnie odkryć, co jest dla niego naprawdę istotne.

Będzie mi brakować wszystkiego – starego drewnianego domu z ogrodem, hamaka wśród drzew, spacerów po plaży i Yassana, który jest mistrzem i mentorem znajdywania życiowej równowagi. I który zapewnił mnie, że dzieciaki będą kontynuować lekcje muzyki, bo ma znajomego wiolonczelistę, który może czasami przyjeżdżać, aby je uczyć. Ale najbardziej będzie brakować bystrego zestawu czarnowłosych skrzatów, które pokazały nam jak żyć w zgodzie i patrzeć na świat z zaciekawieniem.

A co stało się z główną bohaterką tej opowieści? Podążyła własną drogą.

Gdzieś na drugim końcu świata, w kącie, na piętrze starego, drewnianego domu, właśnie w tym momencie, spokojnie w swoim pokrowcu zasypia mała wiolonczela, w rozmiarze ½. Jest szczęśliwa i czuje się bardzo kochana. Bo choć nie było jej łatwo rozstać się ze swoją dotychczasową właścicielką, choć wie, że może już nigdy nie wrócić do swojego rodzinnego kraju, to jednak wybrała wolność. Wybrała miejsce, w którym jest bardziej potrzebna. Teraz codziennie, gdy tylko ktoś ją o to poprosi, rozmawia z ludźmi o swoich niesamowitych przygodach. Jest przekonana, że wszystko rozumieją.